„Polski hydraulik”, czyli jak dziś kształceni są monterzy instalacji…

Szkolnictwo zawodowe – nauczanie i egzaminy

 

Przykładowa sala egzaminacyjna

 

Polski hydraulik narobił parę lat temu dużego zamieszania w Europie;  nowoczesny, przystojny, z uśmiechem na twarzy wkroczył na salony pokazując zupełnie inny obraz pracownika ze Wschodu.  Jednych zachwycił, innych przestraszył, wszystkim jednak dał wiele do myślenia,  zwracając uwagę na dynamicznie rozwijającą się polską gospodarkę.  Jak wygląda w praktyce kształcenie hydraulika, ile prawdy jest  w jego reklamie i czy Europa powinna obawiać z jego strony konkurencji?

Hydraulik przed i po 2001 r. i w 2011, czyli …reformy, reformy, reformy

Przed 2001 – robotnik wykwalifikowany
Proces kształcenia montera instalacji sanitarnych  na przestrzeni ostatnich lat uległ znacznej zmianie. Do roku 2001 ten piękny i ciekawy zawód uczniowie poznawali w trzyletnich Zasadniczych Szkołach Zawodowych, kończąc go egzaminem wewnątrzszkolnym. Egzamin taki składał się z części praktycznej i teoretycznej. Część praktyczna trwała dwa dni i w większości placówek polegała na wykonaniu przez uczniów określonego zadania z instalacji, np. montaż lokalówki, zamocowanie podejść kanalizacyjnych, wykonanie fragmentu instalacji wentylacyjnej, itp.  Praca odbywała się na terenie szkoły lub w firmie budowlanej.  Po etapie praktycznym uczeń zdawał na terenie szkoły egzamin teoretyczny w formie ustnej, uzyskując po jego zaliczeniu tytuł robotnika wykwalifikowanego.

Po roku 2001 proces kształcenia radykalnie się zmienił. Zawód hydraulika został podzielony na szereg mniejszych specjalizacji.  Instalacje wewnętrzne oddzielono od sieci sanitarnych i tak powstały:
- monter instalacji i urządzeń sanitarnych,
- monter sieci komunalnych, tworząc dwa odrębne zawody, wymagające osobnego cyklu kształcenia.
Zmienił się też sam egzamin, w miejsce egzaminu wewnątrzszkolnego, krytykowanego przez MEN, został wprowadzony egzamin państwowy organizowany przez OKE (Okręgowe Komisje Egzaminacyjne).
Egzamin teoretyczny ustny został zamieniony na test wielokrotnego wyboru pisany w obecności mieszanych komisji. Egzamin praktyczny mógł od tej pory odbywać się tylko w wyspecjalizowanych centrach zwanych Ośrodkami Egzaminacyjnymi.  Po  zakończeniu obu części i uzyskaniu wymaganej punktacji  uczeń otrzymywał tytuł zgodny z ukończona specjalizacją i „dyplom uzyskania tytułu zawodowego”.
W bieżącym 2011 roku prezydent Komorowski podpisał kolejną nowelizację ustawy o szkolnictwie zawodowym, która wprowadza następujące zmiany:
-   zawód hydraulika wraca do poprzedniej postaci, z dwóch specjalizacji, „montera instalacji i urządzeń sanitarnych” i „montera sieci komunalnych”, zostanie utworzona jedna – „monter sieci, instalacji i urządzeń sanitarnych”.
-  kolejna zmiana dotyczy sposobu zdobywania uprawnień zawodowych, w ramach nowego zawodu zostały wyodrębnione dwa obszary:
K1 Montaż i remont sieci  komunalnych,
K2 Montaż i remont instalacji sanitarnych,
każdy z nich będzie się kończyć osobnym egzaminem zawodowym.

Ośrodki Egzaminacyjne

Wprowadzona po 2001 roku reforma szkolenia zawodowego wymusiła na szkołach duże zmiany. Dotychczasowa współpraca z przedsiębiorstwami okazała się niewystarczająca, dla zapewnienia wysokiej zdawalności swoich wychowanków szkoły musiały przekształcić się w Ośrodki Egzaminacyjne. W praktyce oznaczało to konieczność wybudowania i doskonałego wyposażenia w narzędzia i sprzęt sal egzaminacyjnych. Dla uzyskania certyfikacji OKE(pozwolenia na organizowanie i przeprowadzanie egzaminów), Ośrodek Egzaminacyjny musiał posiadać co najmniej 9 boksów egzaminacyjnych, czyli pomieszczeń o wymiarach minimum 4m2 i wysokości 2,7 m z doprowadzonymi przyłączami.  Boksy, zgodnie z przepisami musiały być tak wykonane, aby uczniowie wzajemnie się nie widzieli, ale żeby byli dobrze widoczni dla komisji egzaminacyjnej.
Wymagania te dość szybko wyeliminowały część szkół w walce o OE, tym bardziej, że ustawodawca  nie przewidział żadnego dofinansowania inwestycji, zrzucając wszystkie koszty na dyrektorów szkół. Te, które nie posiadały warsztatów musiały je wybudować, albo zgodzić się na zdawanie egzaminu praktycznego przez własnych wychowanków w innej miejscowości.  Rodzice dość szybko sami rozwiązali powyższy problem, posyłając swoje pociechy głównie do szkół z OE, te które nie otrzymały certyfikacji musiały w krótkim czasie zaprzestać naboru.
Ośrodek Egzaminacyjny dla wielu dyrektorów okazał się z jednej strony skarbem, z drugiej przekleństwem. Skarbem – bo dzięki egzaminom szkoła mogła liczyć na większy nabór uczniów, stałe doposażenie sal w sprzęt i materiały na szkolenia, możliwość przeprowadzania kursów; przekleństwem – bo każdy rok szkolny kończył się dopiero po egzaminach, a te trwały nawet do 15 lipca. Dyrektor szkoły jako przewodniczący Ośrodka Egzaminacyjnego musiał być w tym czasie dostępny.

Egzamin zawodowy w praktyce

Sprawdzenie umiejętności przyszłego hydraulika nie jest sprawą łatwą, zawód jest bardzo rozległy, wymagający wyuczenia się wielu umiejętności i posługiwania cała gamą narzędzi. Przed 2001 rokiem monterzy wykonywali zadanie praktyczne w ciągu dwóch dni, pracując po 6-7 godzin zegarowych dziennie. Praca odbywała się w brygadach, dzięki czemu zdający byli w stanie wykonać nawet skomplikowane fragmenty instalacji. Współczesna forma egzaminu praktycznego została ograniczona do 180 minut, w czasie których uczeń musi wypełnić arkusz zdającego (średnio 20 minut), przygotować stanowisko pracy, wykonać zadanie praktyczne, posprzątać  i zostawić sobie jeszcze kilka minut na jego prezentację. Czas na montaż nie jest więc z reguły dłuższy niż 120-150 minut. To bardzo mało, aby cokolwiek zamocować, a co dopiero, aby zaproponować uczniowi bardziej skomplikowane zadanie.
Już samo przygotowanie zadania egzaminacyjnego, to prawdziwa epopeja; zadania praktyczne układają we współpracy z OKE nauczyciele zawodu, opracowuje się arkusze zdających, arkusze obserwacji (dla egzaminatorów), wymagania stanowisk dla OE, itd. Po wstępnej weryfikacji i zatwierdzeniu przez recenzenta OKE, zadanie poddawane jest certyfikacji w wybranym ośrodku, gdzie uczniowie próbują je wykonać praktycznie. Jeśli wszystko jest OK., zostaje dopuszczone do przeprowadzenia na egzaminie w następnym roku szkolnym.

Ile kosztuje wyposażenie stanowisk na egzaminy?

Od początku reformy zadania egzaminacyjne okazały się największym problemem. Zgodnie z przepisami zadania musiały obejmować trzy obszary szkolenia: montaż instalacji wod-kan. , montaż instalacji c.o.  i montaż instalacji wentylacyjnych.  Reforma nie mówiła jednak, jakiego typu mają to być zadania, aby przygotować OE na każdą ewentualność. Stanowisko, które w jednym roku spełniało wymogi standaryzacyjne, w przyszłym okazywało się  niewystarczające. Winę za to ponosili sami twórcy zadań, przekraczając normy, np. w zadaniu z wentylacji pojawiała się informacja, że wysokość stanowiska musi wynosić 3,2 m (norma 2,7) i wiele OE takich pomieszczeń po prostu nie posiadało.
Innego rodzaju problemem było wyposażenie OE w narzędzia. Twórcy reformy przewidzieli dofinansowanie egzaminu tylko z tytułu poniesionych kosztów materiałów egzaminacyjnych, zakup narzędzi dyrektorzy OE musieli sfinansować sami, a koszt był niebagatelny, dotyczył bowiem kompletnego wyposażenia 9 stanowisk dla zdających.
Jak wielkie są to pieniądze, niech posłuży następujący przykład: stanowisko do montażu rur stalowych ocynkowanych i czarnych musi być wyposażone w: imadło typu „pionier” – 550 zł, gwintownicę – 200 zł, komplet kluczy rurowych 100 zł, piłkę do metalu, obcinak do rur – kolejne 80 zł, wiertarkę udarową z kompletem wierteł – 100-300 zł, przymiary, ołówki, sprzęt BHP itd, razem –1000-1200 zł na jedno stanowisko. Na egzaminie w jednej sesji może być potrzebnych aż 6 takich kompletów, to  już 6000-7200 zł tylko z tytułu jednej technologii rurowej.
Tak duże wydatki powodowały, że część dyrektorów decydowała się na zakup najtańszych rozwiązań  w hipermarketach budowlanych.  Wiele z takich narzędzi potrafiło zepsuć się  w trakcie egzaminu, wywołując niepotrzebny stres i tak przerażonych zdających.

Mimo to trzeba stwierdzić, że zadania z roku na rok są coraz lepiej przygotowane i dopracowane merytorycznie. Zakres wykonywanych czynności, ich pracochłonność i stopień skomplikowania jest dobrze dobrany do możliwości uczniów. Wszystkie zadania dadzą się wykonać w przewidzianym czasie. Ich nieprzewidywalność wymusza z kolei na szkołach konieczność kształcenia młodzieży w wielu technologiach i stałego rozwijania bazy materiałowej.

Kształcenie praktyczne w szkołach

„Czego Jaś się nie nauczył, tego Jan nie będzie umiał”-  to stare porzekadło jest jak najbardziej aktualne we współczesnej szkole zawodowej. Skończyły się czasy, gdy w szkołach podstawowych młodzież miała zajęcia praktyczne, poznając zasady posługiwania się narzędziami. Dzisiaj do szkół średnich przychodzą uczniowie, którzy w ręku nie trzymali młotka, nie wiedzą jak założyć wiertło do wiertarki, ani w którą stronę powinno się obracać. Potrafią posługiwać się na ogół tylko jedną ręką, wypisując na komórce SMS-y. A zadań i wymaganych zawodem umiejętności przybyło. Dwadzieścia lat temu hydraulik musiał opanować wykonywanie połączeń gwintowych, cięcie rur brzeszczotem, sztamowanie kielichów (przepraszam – wykonywanie połączeń kielichowych).  Obecnie ilość technologii montażu przyprawia o ból głowy, uczniowie muszą poznać połączenia lutowane, zaciskowe, zaprasowywane, zgrzewane kielichowo, zgrzewane doczołowo, klejone, etc., a to przecież dopiero ABC zawodu hydraulika.

Nauka zaczyna się więc tak naprawdę od wykształcenia w uczniu najbardziej podstawowych umiejętności, jak: pozycja przy cięciu rur, posługiwanie się młotkiem i przecinakiem, obsługa gwintownicy, wiertarki ręcznej i stołowej, wykonywanie gwintów rurowych, metrycznych, itp.
W pierwszej klasie przyszli hydraulicy poznają też technologie instalacyjne, właściwości i zastosowanie poszczególnych materiałów, obróbki rur, wykonywania połączeń rurowych, zasad montażu armatury czerpalnej, poznają uzbrojenie instalacji wodociągowej i kanalizacyjnej.  Tematy zajęć są tak dobrane, że idealnie wpasowują się w pracownię dydaktyczną, dlatego podstaw zawodu hydraulika najlepiej uczyć w szkole. Dalsze kształcenie jest już bardziej skomplikowane, poznanie zasad montażu instalacji  wod-kan. , c.o. i wentylacji wymaga bowiem dużych nakładów i przestrzeni. Trzeba mieć rury, złączki i całą masę elementów instalacyjnych.
Reforma egzaminu zawodowego urodziła jeszcze inny problem, wraz z wprowadzeniem nowych zasad egzaminowania uczniów  i rozliczania z tych egzaminów dyrektorów przez kuratoria oświaty, część szkół skupiła się przede wszystkim na perfekcyjnym przygotowaniu uczniów do samego egzaminu. Kształcenie hydraulika w wielu placówkach polega na opanowaniu najprzeróżniejszych technologii montażu przyborów sanitarnych i grzejników i klepaniu po kilkanaście razy tematu okapu kuchennego.    Dlaczego ? – bo tylko takie tematy zadań pojawiają się na egzaminie, trzy godziny nie wystarczą na zaproponowanie innych rozwiązań. Co wart jest hydraulik po takiej szkole?


Czym dysponuje polski nauczyciel, czyli co tak naprawdę zdobył sam!

Nie jestem w stanie wypowiadać się za wszystkie pracownie w kraju, mogę odnieść się  tylko do swojej, mam w niej kilkanaście różnych technologii, większość z nich nie zawdzięczam jednak dyrekcji,  a firmom, z którymi współpracuję. GEBERIT wyposażył mnie w stelaże do przyborów i narzędzia do obróbki swoich systemów rurowych, KLUDI dała baterie czerpalne, WAVIN całą masę złączek i rur kanalizacyjnych, KOŁO piękne przybory sanitarne. Dostałem kocioł gazowy od firmy JUNKERS,  materiały uszczelniające od BISANA, rury i narzędzia  do systemów polietylenowych  dał mi KAN-therm, a ostatnio firma JOHN-QUEST. Wszystko to jednak kropla w morzu potrzeb, nie mam podgrzewaczy, nie mam materiałów na ogrzewania podłogowe, brak mi rozdzielaczy, grzejników, armatury c.o., naczyń wzbiorczych, nadal brak mi też wielu narzędzi. Wyposażenie, które posiadam, również się lasuje, stelaże są przestarzałe, baterie zdekompletowane,  brakuje rur i złączek.
Apele do firm o ich wymianę, pozostają bez echa, wszyscy szukają oszczędności i ograniczania kosztów, potrafią wydać setki tysięcy na targi, ale już niekoniecznie na szkołę.
Wszystko to powoduje,  że w ramach pracowni szkolnej  jestem w stanie nauczyć tylko do 50% treści wymaganej programem nauczania. Pozostałe 50% tematów muszę realizować w postaci wycieczek i pracy w przedsiębiorstwach budowlanych. Najtrudniejsze do realizacji działy programowe, to: wykopy, przyłącza do budynku, montaż węzłów cieplnych, instalacje hydroforowe, montaż kotłów c.o., montaż instalacji i urządzeń ppoż. Treści programowe wręcz niemożliwe do zrealizowania  to: wykonywanie ujęć kopanych, studni, montaż przydomowych oczyszczalni ścieków, szamb, itp.

Praktyki na budowie, czyli… inspektorzy kochają mandaty

Z życia wzięte, ale wcale nieśmieszne
Mylił by się ktoś sądząc, że praca w przedsiębiorstwie budowlanym rozwiąże wszystkie problemy nauczyciela.  Na budowie zobaczyć można wszystko, ale już niekoniecznie wszystkiego da się nauczyć. Winę za to ponoszą nieżyciowe przepisy w znacznym stopniu ograniczające, a nawet uniemożliwiające proces dydaktyczny.  Jak bowiem nauczyć ucznia wykonywania przyłączy do budynku, jeśli nie wolno mu pracować w wykopie głębszym niż 1 m!!! Co wart jest pracownik który: nie może jeździć taczką po pochyłości większej niż 2°, posługiwać się młotem pneumatycznym przy kuciu bruzd, ciąć przecinarką tarczową, itp. Nauka zawodu sprowadza się wtedy raczej do obserwacji i zajęć typu „wynieś, przynieś, pozamiataj”. Ktoś powie : „chrzanić takie przepisy!” Ano niech próbuje, ja już raz zarobiłem na budowie mandat, i to za co? Za zły kask. Pracowałem z uczniami na budynku 10-piętrowym, wykonywaliśmy lokalówki wody. Zgodnie z przepisami uczniowie mieli mieć na głowie kaski i kamizelki odblaskowe. Kamizelki miałem, ale zabrakło mi dwóch kasków. Poszedłem więc do kierownika budowy i pożyczyłem dwie sztuki. Wyjął z szafy i… przyznaję, nie sprawdziłem ich daty ważności. Kask jak kask, solidna budowa z ABS-u, wyglądał jak nowy . Pech chciał, że natknąłem się na inspektora BHP.
Pierwsze pytanie: „gdzie są w pomieszczeniu instrukcje BHP?”.
Pracowaliśmy na różnych piętrach, dlatego powiedziałem, że zostały w naszej pakamerze i mogę je pokazać.
„Instrukcje mają być zawsze na miejscu pracy” – powiedział inspektor.
„A co, jeśli stanowiska się zmieniają” – spytałem.
„To należy je każdorazowo przenosić ze sobą”.
W tym momencie miałem nadzieję, że da mi spokój, ale gdzie tam, kazał zdjąć wszystkim kaski, no i wpadka. Dwa z nich (pożyczone od kierownika budowy) były przeterminowane o dwa miesiące, nie pomogły tłumaczenia, za każdy zarobiłem po 100 zł!

Przesada?
Mój kolega dostał 500 zł mandatu za to, że wykop w którym pracował z uczniami na odcinku 5m miał nieprzepisową głębokość. Wykonywał z uczniami wykopy liniowe pod gaz, średnio 80-100cm głębokości, ale na jednym odcinku była mała górka i wykop zagłębił się na 120cm. Poszedł na chwilę do toalety i …sam nie wie, czy czasem inspektor BHP tylko na to nie czekał. Gdy wrócił, była już cała rozróba, złamał kilka przepisów: uczniowie bez opieki, w wykopie o nieprzepisowej głębokości, jeden z nich zdjął bez pozwolenia kask, etc.
Tak naprawdę praca na budowie ma sens tylko wtedy, gdy jest dobrze zorganizowana przez firmę, uczniowie mają własną pakamerę i pracują razem z instruktorem wykonując oddzielne zadania, dopasowane do ich możliwości i potrzeb.  Gdy pracują w brygadach razem z robotnikami, to proces dydaktyczny może się zamienić w antyszkolenie, połączone z wulgaryzmami, dymem tytoniowym a nierzadko pijaństwem.

Zawojować Europę…

Reklama polskiego hydraulika mogłaby sugerować, że zawód ten jest lubiany i rozchwytywany przez polską młodzież. Niektórym trudno więc uwierzyć, że mimo spektakularnej promocji wiele szkół od lat nie nabrało w tym zawodzie ani jednej klasy. W zawodówkach budowlanych króluje „technolog robót wykończeniowych”, inne zawody są dla niego tylko tłem.   Wina leży po stronie  systemu szkolenia, nieprzystającego do rynku pracy, wybujałych i nierealistycznych programach, wyeliminowania z zawodu szeregu umiejętności cennych na rynku pracy (np. spawania).
Przed nami kolejna  rewolucja w nauczaniu hydraulika, równie nierealna jak poprzednie. Szkoły będą musiały ją przełknąć i udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, że same sobie poradzą.  Obawiam się jednak, że w rzeczywistości zawód ten będzie powoli wymierać.
Nie zawojujemy innych krajów, dopóki każda zmiana systemu szkolenia zawodowego będzie polegała na opracowywaniu tylko coraz to nowych rozporządzeń i nazw, bez uwzględnienia ich kosztów, dopóki w kształcenie zawodowe nie włączą się same firmy i na wzór niemiecki nie zaczną na nie odprowadzać podatku.  Europa póki co może spać spokojnie.

Instalnews - bezpłatny biuletyn e-czasopisma InstalReporter 4/2017 6/2016 2/2016